Dziś postanowiłem przedstawić coś dla zabawy i nauki lutowania. Będzie to samochodzik z ultradźwiękowym czujnikiem przeszkód (stąd ten „radar” w tytule).
Zabawkę otrzymujemy w stanie „do samodzielnego złożenia”, zapakowaną w „bąbelki” i folię.
Po wysypaniu zawartość wygląda następująco:
Sprawdźmy, czy dostaliśmy wszystko:
Wygląda, że niczego nie brakuje. Od razu też można zauważyć, że producent zestawu nie dowierza w nasze zdolności i płytkę z czujnikami dostarcza już polutowaną.
Zaczynamy montaż elementów, jak zwykle od tych, które najmniej „wystają” ponad powierzchnię płytki:
Aby komponenty nam nie wypadły, podczas lutowania warto LEKKO podgiąć nóżki. Zaznaczam „lekko”, bo warto wyrobić sobie taki nawyk, by nie przesadzać z tym wyginaniem. Przy ewentualnej naprawie i wymianie części zdecydowanie łatwiej będzie je z płytki wyciągnąć. Wystarczy jakieś 30, max. 45*, by element sam nie wypadł ani nie został krzywo wlutowany. Podczas ew. odsysania cyny nie będzie problemu z odginaniem końcówek, a i same ścieżki na pewno lepiej zniosą takie manewry — nie odparzą się.
Warto też elementy montować grupami o tak samo wygiętych nogach. Łatwiej będzie dostać się grotem do pól lutowniczych.
Jak widać, nie należy również przesadzać z ilością cyny:
Nogi wlutowanej grupy już polutowanych elementów obcinamy możliwie krótko — zbędne, a wręcz szkodliwe jest pozostawienie zbyt długich kikutów. Po pierwsze przy ew. montażu płytki nie będzie niebezpieczeństwa, że coś nam zewrze do obudowy (o ile metalowa, oczywiście), a i sama płytka będzie wyglądać porządniej.
Po wlutowywaniu najniższych komponentów czas na kolejne — wyżej odstające od płytki. I tak aż do samego końca, czyli zamontowaniu wszystkich podzespołów. Taka kolej rzeczy ułatwia nam montaż, a i podczas obracania płytki mniejsze niebezpieczeństwo, że jakiś niższy element postanowi równać w górę i zostanie krzywo wlutowany.
Akurat w tej zabawce komponentów dużo nie ma, więc i szybko możemy się cieszyć z ukończenia tego etapu pracy. Kolejny krok to wstępne dopasowanie elementów mechanicznych i ich montaż. W tym wypadku silniczki napędowe z dodatkowymi przekładniami należy przykleić taśmą dwustronną z klejem. Taśma ma strukturę cienkiej gąbki, więc po dociśnięciu do ODTŁUSZCZONYCH powierzchni będzie trzymać naprawdę solidnie. Ten etap należy wykonać w miarę dokładnie — silniki muszą być ustawione równolegle do siebie i przyklejone do (też odtłuszczonej!) powierzchni płytki na takiej samej odległości od jej przedniej (lub tylnej) krawędzi.
Zanim jednak zostaną przyklejone, należy dolutować do ich wyprowadzeń odcinki wyprowadzenia (w zestawie są dwa kawałki linki w izolacji — trzeba je podzielić na pół), które na końcu dopiero polutujemy do odpowiednich punktów na płytce.
Taka precyzja pozwoli na w miarę niskie straty energii (zabawka zasilana jest z czterech baterii AA), przez co samochodzik dłużej będzie jeździć.
Warto zauważyć, że producent „tnie koszty” i zamiast trzeciego kółka zastosowano ozdobną tzw. ślepą nakrętkę, nakręconą na śrubę M4. Śrubę należy dokręcić w miarę solidnie dodatkową (zwykłą) nakrętką do płytki, żeby podczas zabawy nie poluzowała się ona i nie narobiła zwarć.
Gdy już wszystkie elementy mamy zamocowane, czas, by przykleić koszyk na baterie.
A w podstawkę wcisnąć procesor z wgranym już programem i upewnić się, że wyłącznik zasilania jest w pozycji: „Wyłączony” oraz wepchnąć do koszyka (także klejonego na dwustronną taśmę samoprzylepną) komplet baterii — zgodnie z zaznaczoną polaryzacją. Wychodzące z koszyczka przewody przepuszczamy przez otwór w płytce (jest blisko wyłącznika zasilania) i lutujemy je (po uprzednim skróceniu — żeby się nie plątały) do punktów „+” (czerwony przewód) i „-” (czarny).
Zabawka jest gotowa do pierwszych testów.
To, co od razu musimy zrobić, to dolutować skrócone do takiej długości, by się nie plątały, przylutowane do silników przewody. Lutujemy (na razie bez zwracania uwagi na polaryzację) do pól lutowniczych oznaczonych P1 (jeden silnik) i P2 (drugi). Włączamy zasilanie włącznikiem BT1 i sprawdzamy, czy dokręcone do osi przekładni koła (z założonymi wcześniej 'oponami' z gumowych o-ringów) obracają się tak, żeby samochodzik poruszał się do przodu. Pomogą nam w tym LED-y 2 i 3, które zapalają się, gdy zabawka ma jechać przed siebie. W razie, gdyby się okazało, że silnik lub silniki mają nieprawidłowe kierunki obrotów, należy odpowiednio przelutować przewody (punkty P1 i P2). Po upewnieniu się, że w odpowiednim momencie oba silniki obracają się zgodnie i samochodzik będzie jechać do przodu, możemy wreszcie rozpocząć zabawę.
Stawiamy całość na podłodze i włączamy zasilanie...
Pierwsze próby dobrze jest przeprowadzać na w miarę dużej, wolnej od przeszkód, powierzchni podłogi. W innym razie samochodzik będzie się plątać i obijać:
Dobrze też, jeśli nie będziemy (przynajmniej pierwszych prób) dokonywać na dywanie.
Przeprowadziłem się więc z zabawką do przedpokoju i tam sprawdziłem jej zachowanie.
Kot Pieszczoch przyjął nowego domownika ze swoistą pogardą. Zajął się pilnowaniem swojej miski, a gdy przybysz nie próbował mu uszczuplić żarcia, poszedł spać dalej...
Ad rem — samochodzik posiada prócz wyłącznika zasilania trzy mikroswitche, które (podobno — w moim wypadku nie zauważyłem) pozwalają na zmianę odległości reakcji na przeszkodę itp. W moim egzemplarzu niestety nie odnotowałem takich udogodnień — możliwe, że albo są one na tyle niewielkie, albo po prostu nie zostały zaprogramowane. I tu pole do popisu mogą mieć Koledzy programiści; samochodzik posiada bowiem wyprowadzone gniazdo do podłączenia programatora. Bardzo jestem ciekaw, czy (i jakie) można wprowadzić poprawki do istniejącego programu... Oczywiście, o ile uda się go odczytać bez problemów.
Sama idea działania jest stosunkowo prosta — samochodzik ma jechać do przodu, aż nie „zobaczy” przeszkody. Wówczas zmienia kierunek i obraca się o jakiś kąt wynikający z czasu włączenia jednego tylko silnika, by po chwili kontynuować próbę jazdy do przodu, aż do napotkania kolejnej zawalidrogi... I tak w kółko:
Tak czy inaczej, zabawka pozwala na wypróbowanie swoich sił zarówno w lutowaniu, jak i montażu mechanicznym — na początek w niezbyt skomplikowanym zakresie, ale na pewno rozwijającym te zdolności w przyszłych konstrukcjach.
Pozdrawiam.
Zabawkę otrzymujemy w stanie „do samodzielnego złożenia”, zapakowaną w „bąbelki” i folię.
Po wysypaniu zawartość wygląda następująco:
Sprawdźmy, czy dostaliśmy wszystko:
Wygląda, że niczego nie brakuje. Od razu też można zauważyć, że producent zestawu nie dowierza w nasze zdolności i płytkę z czujnikami dostarcza już polutowaną.
Zaczynamy montaż elementów, jak zwykle od tych, które najmniej „wystają” ponad powierzchnię płytki:
Aby komponenty nam nie wypadły, podczas lutowania warto LEKKO podgiąć nóżki. Zaznaczam „lekko”, bo warto wyrobić sobie taki nawyk, by nie przesadzać z tym wyginaniem. Przy ewentualnej naprawie i wymianie części zdecydowanie łatwiej będzie je z płytki wyciągnąć. Wystarczy jakieś 30, max. 45*, by element sam nie wypadł ani nie został krzywo wlutowany. Podczas ew. odsysania cyny nie będzie problemu z odginaniem końcówek, a i same ścieżki na pewno lepiej zniosą takie manewry — nie odparzą się.
Warto też elementy montować grupami o tak samo wygiętych nogach. Łatwiej będzie dostać się grotem do pól lutowniczych.
Jak widać, nie należy również przesadzać z ilością cyny:
Nogi wlutowanej grupy już polutowanych elementów obcinamy możliwie krótko — zbędne, a wręcz szkodliwe jest pozostawienie zbyt długich kikutów. Po pierwsze przy ew. montażu płytki nie będzie niebezpieczeństwa, że coś nam zewrze do obudowy (o ile metalowa, oczywiście), a i sama płytka będzie wyglądać porządniej.
Po wlutowywaniu najniższych komponentów czas na kolejne — wyżej odstające od płytki. I tak aż do samego końca, czyli zamontowaniu wszystkich podzespołów. Taka kolej rzeczy ułatwia nam montaż, a i podczas obracania płytki mniejsze niebezpieczeństwo, że jakiś niższy element postanowi równać w górę i zostanie krzywo wlutowany.
Akurat w tej zabawce komponentów dużo nie ma, więc i szybko możemy się cieszyć z ukończenia tego etapu pracy. Kolejny krok to wstępne dopasowanie elementów mechanicznych i ich montaż. W tym wypadku silniczki napędowe z dodatkowymi przekładniami należy przykleić taśmą dwustronną z klejem. Taśma ma strukturę cienkiej gąbki, więc po dociśnięciu do ODTŁUSZCZONYCH powierzchni będzie trzymać naprawdę solidnie. Ten etap należy wykonać w miarę dokładnie — silniki muszą być ustawione równolegle do siebie i przyklejone do (też odtłuszczonej!) powierzchni płytki na takiej samej odległości od jej przedniej (lub tylnej) krawędzi.
Zanim jednak zostaną przyklejone, należy dolutować do ich wyprowadzeń odcinki wyprowadzenia (w zestawie są dwa kawałki linki w izolacji — trzeba je podzielić na pół), które na końcu dopiero polutujemy do odpowiednich punktów na płytce.
Taka precyzja pozwoli na w miarę niskie straty energii (zabawka zasilana jest z czterech baterii AA), przez co samochodzik dłużej będzie jeździć.
Warto zauważyć, że producent „tnie koszty” i zamiast trzeciego kółka zastosowano ozdobną tzw. ślepą nakrętkę, nakręconą na śrubę M4. Śrubę należy dokręcić w miarę solidnie dodatkową (zwykłą) nakrętką do płytki, żeby podczas zabawy nie poluzowała się ona i nie narobiła zwarć.
Gdy już wszystkie elementy mamy zamocowane, czas, by przykleić koszyk na baterie.
A w podstawkę wcisnąć procesor z wgranym już programem i upewnić się, że wyłącznik zasilania jest w pozycji: „Wyłączony” oraz wepchnąć do koszyka (także klejonego na dwustronną taśmę samoprzylepną) komplet baterii — zgodnie z zaznaczoną polaryzacją. Wychodzące z koszyczka przewody przepuszczamy przez otwór w płytce (jest blisko wyłącznika zasilania) i lutujemy je (po uprzednim skróceniu — żeby się nie plątały) do punktów „+” (czerwony przewód) i „-” (czarny).
Zabawka jest gotowa do pierwszych testów.
To, co od razu musimy zrobić, to dolutować skrócone do takiej długości, by się nie plątały, przylutowane do silników przewody. Lutujemy (na razie bez zwracania uwagi na polaryzację) do pól lutowniczych oznaczonych P1 (jeden silnik) i P2 (drugi). Włączamy zasilanie włącznikiem BT1 i sprawdzamy, czy dokręcone do osi przekładni koła (z założonymi wcześniej 'oponami' z gumowych o-ringów) obracają się tak, żeby samochodzik poruszał się do przodu. Pomogą nam w tym LED-y 2 i 3, które zapalają się, gdy zabawka ma jechać przed siebie. W razie, gdyby się okazało, że silnik lub silniki mają nieprawidłowe kierunki obrotów, należy odpowiednio przelutować przewody (punkty P1 i P2). Po upewnieniu się, że w odpowiednim momencie oba silniki obracają się zgodnie i samochodzik będzie jechać do przodu, możemy wreszcie rozpocząć zabawę.
Stawiamy całość na podłodze i włączamy zasilanie...
Pierwsze próby dobrze jest przeprowadzać na w miarę dużej, wolnej od przeszkód, powierzchni podłogi. W innym razie samochodzik będzie się plątać i obijać:
Dobrze też, jeśli nie będziemy (przynajmniej pierwszych prób) dokonywać na dywanie.
Przeprowadziłem się więc z zabawką do przedpokoju i tam sprawdziłem jej zachowanie.
Kot Pieszczoch przyjął nowego domownika ze swoistą pogardą. Zajął się pilnowaniem swojej miski, a gdy przybysz nie próbował mu uszczuplić żarcia, poszedł spać dalej...
Ad rem — samochodzik posiada prócz wyłącznika zasilania trzy mikroswitche, które (podobno — w moim wypadku nie zauważyłem) pozwalają na zmianę odległości reakcji na przeszkodę itp. W moim egzemplarzu niestety nie odnotowałem takich udogodnień — możliwe, że albo są one na tyle niewielkie, albo po prostu nie zostały zaprogramowane. I tu pole do popisu mogą mieć Koledzy programiści; samochodzik posiada bowiem wyprowadzone gniazdo do podłączenia programatora. Bardzo jestem ciekaw, czy (i jakie) można wprowadzić poprawki do istniejącego programu... Oczywiście, o ile uda się go odczytać bez problemów.
Sama idea działania jest stosunkowo prosta — samochodzik ma jechać do przodu, aż nie „zobaczy” przeszkody. Wówczas zmienia kierunek i obraca się o jakiś kąt wynikający z czasu włączenia jednego tylko silnika, by po chwili kontynuować próbę jazdy do przodu, aż do napotkania kolejnej zawalidrogi... I tak w kółko:
Tak czy inaczej, zabawka pozwala na wypróbowanie swoich sił zarówno w lutowaniu, jak i montażu mechanicznym — na początek w niezbyt skomplikowanym zakresie, ale na pewno rozwijającym te zdolności w przyszłych konstrukcjach.
Pozdrawiam.
Fajne? Ranking DIY