Jakiś czas temu znajomy obdarował mnie ciekawym “cudem techniki” – urządzeniem widocznym na zdjęciu powyżej. Zasada działania? Jak większość tanich ładowarek/zasilaczy tego typu. Moje zainteresowanie wzbudziło jednak coś innego – jak udało się zmieścić pełnoprawny zasilacz w obudowie wielkości standardowej wtyczki 230V~?
Zajrzyjmy do środka:
Urządzenie deklaruje 5V i aż 1A – całkiem sporo jak na coś tak kompaktowego. Faktycznie, wszystko wskazuje na to, że jest to ładowarka:
Późniejsze testy potwierdziły, że producent nie rozminął się zupełnie z prawdą… Tym bardziej byłem ciekawy, co kryje wnętrze.
Rozebranie urządzenia okazało się banalnie proste – wystarczyło mocniej wcisnąć wtyczkę USB, by obudowa się rozpadła. I to już pierwsze ostrzeżenie – jakość wykonania i bezpieczeństwo tej ładowarki pozostawiają wiele do życzenia.
W środku znajdziemy podstawowe elementy elektroniki, ale czy naprawdę można tym bezpiecznie ładować telefon? Projekt płytki sugeruje, że autor konstrukcji nie do końca zdawał sobie sprawę, że urządzenie będzie zasilane bezpośrednio z sieci 230V.
Wystarczy minimalna wiedza techniczna, by dostrzec potencjalne zagrożenia. Temat był już wielokrotnie poruszany na forum – nie chcę się powtarzać. W skrócie: urządzenie może działać, ale krótko – do czasu, aż do wnętrza dostanie się kurz lub wilgoć. Dodatkowo zalecam szczególną ostrożność – najpierw podłączamy kabel USB do telefonu, a dopiero później wtykamy ładowarkę do gniazdka. I najlepiej nie dotykać wtedy telefonu…
Wystarczy rzucić okiem na odstępy między ścieżkami po stronie pierwotnej (sieciowej) a wtórną (po stronie telefonu) – dramatycznie małe.
Testy i obserwacje:
Tak, przeprowadziłem testy – choć uproszczone i niepełne. Nie ładowałem telefonu do pełna, bo trwałoby to zbyt długo, a deklarowane 1A to wartość raczej teoretyczna. Początkowo prąd rzeczywiście sięgał 1A, ale bardzo szybko zaczął spadać. Po chwili obudowa ładowarki zaczęła się nagrzewać, a prąd ustabilizował się na poziomie około 0,65A przy napięciu 4,6V – co i tak uznaję za niezły wynik jak na taką konstrukcję.
Zanim podłączyłem ładowarkę do gniazdka, skleiłem ponownie obudowę – użyłem popularnej “kropelki”. Niestety, przy kolejnym użyciu klej puścił – dwie połówki obudowy trzymały się na wąskiej, niepewnej powierzchni styku.
Wygląda to wszystko jak efekt zakładu: „Czy da się zmieścić elektronikę ładowarki w obudowie wtyczki?”. Udało się – ale praktycznie wszystko, co można było zrobić źle, zostało zrobione. Rozpadająca się obudowa, nieodpowiedni projekt PCB, ryzyko porażenia prądem – wystarczy dotknąć telefonu podczas ładowania, by zadrżeć z niepokoju…
Zalety? Jakieś są:
Nie będę ukrywał – udało się częściowo podładować telefon. Gdyby nie ryzyko przegrzania, może udałoby się go nawet naładować w pełni. Urządzenie jest niewielkie, więc można je traktować jako awaryjną rezerwę. Wymaga jednak dodatkowego kabla USB – ale taki zwykle znajdzie się pod ręką.
I to właściwie koniec zalet. Niestety, wady – zwłaszcza te dotyczące bezpieczeństwa – zdecydowanie przeważają. Tytuł tego mini-artykułu nie jest przesadzony – to sprzęt z gatunku “nigdy więcej”.
Producent nie tylko nie ostrzega przed zagrożeniami, ale wręcz całkowicie zignorował zasady bezpiecznej konstrukcji. To, że ten produkt w ogóle trafił do sprzedaży, budzi poważne wątpliwości.
Kilka słów na koniec:
Zdjęć z samego procesu ładowania nie zrobiłem – z premedytacją. Już po rozłożeniu ładowarki wiedziałem, że mam do czynienia z potencjalnie niebezpiecznym produktem. Ryzykowałem tylko tyle, ile trzeba było do przeprowadzenia testu.
Powiem wprost – miałem w rękach wiele różnych ładowarek, ale czegoś tak tandetnego jeszcze nie widziałem. Jak się u mnie znalazła? Znajomy dorzucił ją do większego zamówienia z AliExpress – brakowało mu kilku złotych do darmowej wysyłki. Przyszła jako “bonus” i trafiła do mnie jako ciekawostka.
Teraz leży na biurku jako ostateczna rezerwa – na wypadek, gdyby wszystkie inne zasilacze jednocześnie odmówiły posłuszeństwa. Na szczęście mam stary telefon zapasowy – więc nie ryzykuję tego, z którego korzystam na co dzień.
Pozdrawiam i przestrzegam – naprawdę warto zachować ostrożność przy takich “okazjach”.
Zajrzyjmy do środka:
Urządzenie deklaruje 5V i aż 1A – całkiem sporo jak na coś tak kompaktowego. Faktycznie, wszystko wskazuje na to, że jest to ładowarka:
Późniejsze testy potwierdziły, że producent nie rozminął się zupełnie z prawdą… Tym bardziej byłem ciekawy, co kryje wnętrze.
Rozebranie urządzenia okazało się banalnie proste – wystarczyło mocniej wcisnąć wtyczkę USB, by obudowa się rozpadła. I to już pierwsze ostrzeżenie – jakość wykonania i bezpieczeństwo tej ładowarki pozostawiają wiele do życzenia.
W środku znajdziemy podstawowe elementy elektroniki, ale czy naprawdę można tym bezpiecznie ładować telefon? Projekt płytki sugeruje, że autor konstrukcji nie do końca zdawał sobie sprawę, że urządzenie będzie zasilane bezpośrednio z sieci 230V.
Wystarczy minimalna wiedza techniczna, by dostrzec potencjalne zagrożenia. Temat był już wielokrotnie poruszany na forum – nie chcę się powtarzać. W skrócie: urządzenie może działać, ale krótko – do czasu, aż do wnętrza dostanie się kurz lub wilgoć. Dodatkowo zalecam szczególną ostrożność – najpierw podłączamy kabel USB do telefonu, a dopiero później wtykamy ładowarkę do gniazdka. I najlepiej nie dotykać wtedy telefonu…
Wystarczy rzucić okiem na odstępy między ścieżkami po stronie pierwotnej (sieciowej) a wtórną (po stronie telefonu) – dramatycznie małe.
Testy i obserwacje:
Tak, przeprowadziłem testy – choć uproszczone i niepełne. Nie ładowałem telefonu do pełna, bo trwałoby to zbyt długo, a deklarowane 1A to wartość raczej teoretyczna. Początkowo prąd rzeczywiście sięgał 1A, ale bardzo szybko zaczął spadać. Po chwili obudowa ładowarki zaczęła się nagrzewać, a prąd ustabilizował się na poziomie około 0,65A przy napięciu 4,6V – co i tak uznaję za niezły wynik jak na taką konstrukcję.
Zanim podłączyłem ładowarkę do gniazdka, skleiłem ponownie obudowę – użyłem popularnej “kropelki”. Niestety, przy kolejnym użyciu klej puścił – dwie połówki obudowy trzymały się na wąskiej, niepewnej powierzchni styku.
Wygląda to wszystko jak efekt zakładu: „Czy da się zmieścić elektronikę ładowarki w obudowie wtyczki?”. Udało się – ale praktycznie wszystko, co można było zrobić źle, zostało zrobione. Rozpadająca się obudowa, nieodpowiedni projekt PCB, ryzyko porażenia prądem – wystarczy dotknąć telefonu podczas ładowania, by zadrżeć z niepokoju…
Zalety? Jakieś są:
Nie będę ukrywał – udało się częściowo podładować telefon. Gdyby nie ryzyko przegrzania, może udałoby się go nawet naładować w pełni. Urządzenie jest niewielkie, więc można je traktować jako awaryjną rezerwę. Wymaga jednak dodatkowego kabla USB – ale taki zwykle znajdzie się pod ręką.
I to właściwie koniec zalet. Niestety, wady – zwłaszcza te dotyczące bezpieczeństwa – zdecydowanie przeważają. Tytuł tego mini-artykułu nie jest przesadzony – to sprzęt z gatunku “nigdy więcej”.
Producent nie tylko nie ostrzega przed zagrożeniami, ale wręcz całkowicie zignorował zasady bezpiecznej konstrukcji. To, że ten produkt w ogóle trafił do sprzedaży, budzi poważne wątpliwości.
Kilka słów na koniec:
Zdjęć z samego procesu ładowania nie zrobiłem – z premedytacją. Już po rozłożeniu ładowarki wiedziałem, że mam do czynienia z potencjalnie niebezpiecznym produktem. Ryzykowałem tylko tyle, ile trzeba było do przeprowadzenia testu.
Powiem wprost – miałem w rękach wiele różnych ładowarek, ale czegoś tak tandetnego jeszcze nie widziałem. Jak się u mnie znalazła? Znajomy dorzucił ją do większego zamówienia z AliExpress – brakowało mu kilku złotych do darmowej wysyłki. Przyszła jako “bonus” i trafiła do mnie jako ciekawostka.
Teraz leży na biurku jako ostateczna rezerwa – na wypadek, gdyby wszystkie inne zasilacze jednocześnie odmówiły posłuszeństwa. Na szczęście mam stary telefon zapasowy – więc nie ryzykuję tego, z którego korzystam na co dzień.
Pozdrawiam i przestrzegam – naprawdę warto zachować ostrożność przy takich “okazjach”.
Fajne? Ranking DIY