O najróżniejszych lutownicach, stacjach lutowniczych itp. było już sporo na forum. Tak się jednak dzieje, że powstają coraz to nowsze modele, zestawy. W dodatku (to chyba z uwagi na konkurencję) coraz to tańsze, ale o całkiem niezłych parametrach.
Tak więc na zadane pytanie postaram się odpowiedzieć poniżej:
W tym artykule chciałbym przedstawić przykład jednej z takich konstrukcji.
Akurat tak się złożyło, że jeden z moich Przyjaciół stanął przed koniecznością wymiany swojego dotychczasowego kompletu: lutownicy i Hot-Aira, które to przeżyły już dość dawno swój okres gwarancyjny, a zwróciły się z nawiązką (serwis elektroniki). Kolega szukał czegoś podobnego, w miarę jednak taniego i stąd ten temat.
Stacja o dziwnej (dla nas) nazwie YARBLOY pojawiła się jakiś czas temu w promocji - w zestawie z samą stacją (jednostką sterującą) zawiera lutownicę typu 900 (wewnętrzna grzałka, osobne groty z dużym wyborem rodzaju) i Hot-Air z wbudowanym wentylatorem.
Paczka z zestawem nie jest zbyt imponujących rozmiarów:
Wewnątrz upakowane pod korek, można powiedzieć, chociaż jest i wypełniacz w postaci kawałka gąbki poliuretanowej.
Lutownica stacji - to znana i sprawdzona konstrukcja.
Mimo że wiele można o niej znaleźć niezbyt pochlebnych opinii, to wbrew pozorom nie jest taka zła. Warunek podstawowy - mierz siły na zamiary.
Co to znaczy? Pozwolę sobie rozwinąć:
Zgoda, że najlepsze lutownice reagują na schłodzenie wynikające, np. z lutowania dużego pola miedzi reagują nadzwyczaj szybko - w kilka sekund. Fakt, że taka lutownica nagrzewa się od temperatury pokojowej do temperatury pracy (czyli ok. 300°C) w kilka sekund. To prawda. Jednak czy od razu należy przekreślić wszystkie inne, które mają te czasy dłuższe? Albo inaczej - czy naprawdę musimy mieć na grocie temperaturę 300° z dokładnością do 1°C, albo nawet mniejszej, i to niezależnie od lutowanego elementu? Czy naprawdę jest tragedią, gdy po dotknięciu grotem do dużego pola miedzi temperatura spadnie nam o kilka stopni i dopiero za kilka sekund odzyska tę nastawioną?
Lutuję od mniej więcej 55 lat - i to nie tylko jak obecnie - hobbystycznie, ale przez wiele lat zawodowo. Zaczynałem od dużej i ciężkiej kolby z drewnianą rękojeścią o mocy 160W i grotami z pręta miedzianego. Po kilku latach przesiadłem się na pierwszą stację - ELWIK'a (pierwsza seria - jeszcze w czarnych kolorach kolby i stacji) - Tą lutowałem przez kolejne lata - w sumie ok. 30 lat. W między czasie przewijały się też i inne stacje - z wówczas jedną z najbardziej cenionych Wellerem.
Wszystkie te stacje działały podobnie do lutownicy z tematycznej stacji (900'tce). Czy jakość lutów się przez to zmieniła? Nie - o ile NAUCZYMY SIĘ lutować i przyzwyczaimy do konkretnej charakterystyki konkretnej stacji. Ot - czasem trzeba ustawić nieco większą temperaturę, czasem jeden lut zajmie nie pół sekundy, a dwie.
Nie wolno też zapominać o kosztach eksploatacji - groty się przecież zużywają z czasem. Co do grotów - tu również należy przypomnieć, ze można się naciąć na takie proste, konstrukcyjnie (miedź pochromowana lub malowana w części), które się wypalają w tempie zawrotnym, a są (co ciekawe - w podobnej cenie!) groty płaszczowe (miedziane, ale pokryte warstwą stali) o wytrzymałości kilkaset razy większej. Koszt pojedynczego grotu do 900'tki to ok. "A" zł. Grot do (obecnie popularnej) stacji typu T 12 o szybkim nagrzewaniu i równie szybkiej reakcji na duże odbieranie ciepła z grota, to ok. 4x więcej za "podróbkę" aż do ok. 5-6x więcej za grot "z atestem". Każdy może sobie policzyć - za podstawowy komplet 5 czy 6 grotów do 900'tki mamy JEDEN grot do T 12. Czy jest sens przepłacać?
Nie chcę tu namawiać nikogo na siłę do jakiegoś konkretnego typu lutownicy - każdy wybierze co lubi lub co mu się podoba. Efekt końcowy w każdym wypadku będzie co najmniej taki sam - polutowane pady. Na pewno lutownice o wyśrubowanych parametrach są przydatne w jakichś wyjątkowych sytuacjach - na co dzień w znamienitej większości przypadków wystarczy tańsza lutownica. A ilość bajerów (np. możliwość ustawiania czasu, po którym odłożona lutownica się wyłączy/ostygnie do temperatury "czuwania", czy też np. pamięć kilku temperatur do wywołania kilkoma kliknięciami) to już moim zdaniem drugorzędna sprawa.
Wracając do meritum - lutownica prezentowanej stacji to taki "koń roboczy" - bez wodotrysków rozlicznych funkcji, ale za to tania w eksploatacji i spełniająca w 100% to, do czego została stworzona. Wygodna, ergonomiczna rączka, stosunkowo długa i niezbyt gruba część z grotem (ważne przy utrudnionym dostępie do jakiegoś elementu wewnątrz urządzenia), duży wybór grotów o najróżniejszych kształtach to najważniejsze zalety, a wady? No cóż, są dwie: Pierwsza to dość sztywny kabel łączący kolbę ze stacją - to może przeszkadzać, zwłaszcza biorąc pod uwagę masę samej lutownicy. Druga wada to wymiana grotów - dość skomplikowana (gdy lutownica gorąca, jeśli zimna wymiana grota zajmie kilkanaście sekund bez żadnych dodatkowych narzędzi) - co nie znaczy nie do wykonania. Ponieważ grot jest nakładany na grzałkę musi być mocowany - konstruktor wymyślił tuleję z nakrętką nakładaną na grzałkę z grotem, którą należy dokręcić (blokując w ten sposób grot). Podczas gdy lutownica jest nagrzana, jest to do zrobienia pomagając sobie np. kombinerkami (żeby się nie poparzyć). Osobiście w ten sposób wymieniam groty w swojej "90'tce od "nastu" lat i jeszcze nie udało mi się poparzyć.
Czas nagrzewania do ok. 300°C to mniej więcej pół minuty - trochę zależy od samego grota - jego kształtu i grubości. Czy to dużo? Niekoniecznie. Przy lutowaniu hobbystycznym na pewno nie ma znaczenia.
Oczywiście w komplecie otrzymujemy również i podstawkę do lutownicy - stabilną i wygodną. Niestety - nie posiada miejsca na wiórki czyszczące grot - jest za to wanienka z gąbką do czyszczenia grota na mokro.
Drugim elementem zestawu jest Hot-Air.
W komplecie do H-A dodane są trzy okrągłe dysze;
Tu pozwolę sobie na kilka słów od Kolegi - właściciela opisywanego sprzętu.
Otóż przez ok. naście lat posiadał stację H-A z odrębnym kompresorem w jednostce centralnej. Innych wówczas po prostu nie było. Jego opinie o takim rozwiązaniu nie były za bardzo cenzuralne - sztywny wąż łączący kolbę H-A ze stacją utrudniał operowanie kolbą, stosunkowo duża masa całości również nie pomagała w precyzyjnym operowaniu dyszą przy wylutowywaniu elementów SMD (szczególnie niewielkich, umieszczonych w gąszczu innych, równie niewielkich części) i do tego głośna praca kompresora - to wszystko utrudniało życie na co dzień. W dodatku po kilku latach wystąpiła awaria membrany kompresora - niezbyt prosta do kupienia (przynajmniej wtedy) i wyłączyła stację H-A z użytku na kilka dni....
A teraz czemu wybrał stację z wentylatorem? Otóż swego czasu (gdy jeszcze nie miałem problemów zdrowotnych) "popełniłem" swoją stację DiY z wykorzystaniem kolby dokładnie takiej jak w zestawie z tematu. Kolega początkowo sceptyczny do rozwiązania z wentylatorem, dał się przekonać i wypróbował tę moją H-A i... i tak powstał temat - zakupił stację z taką właśnie rączką H-A.
Zalety tego rozwiązania? Lekka rączka, więc nie męczy ręki podczas nagrzewania dużego pola. Przy okazji brak węża powoduje, że precyzyjne operowanie dyszą H-A jest znacznie łatwiejsze. Co do temperatury - jest praktycznie taka sama jak w każdej chyba stacji (niżej zamieszczę dane zapożyczone z instrukcji), czas nagrzewania - kilkanaście do kilkudziesięciu sekund - czyli również tak samo jak w innych. W tym wypadku wiele zależy od rodzaju dyszy i mocy nawiewu... Nawiew... tu należy powiedzieć o różnicy - w kolbie z wentylatorem nadmuch maksymalny jest nieco mniejszy niż w wypadku stacji z kompresorem/pompą. Czy to wada? No cóż. Podobnie jak w wypadku stacji lutowniczych z bajerami - trzeba przywyknąć. Osobiście nie uznałbym tego za wadę, chociażby dlatego, że trudniej jest nieopatrznie "zdmuchnąć" z płyty elementy, których wylutowanie nie jest konieczne...
A na poważnie - jak pisałem - trzeba przywyknąć i dopasować technologię nagrzewania do konkretnych warunków. Ze swojego doświadczenia mogę powiedzieć - da się.
Sama stacja
jest niewielka. Dwa wyświetlacze temperatury - odrębny dla lutownicy i odrębny dla H-A. Do siły nadmuchu gorącego powietrza jest potencjometr. Temperatury dla lutownicy i dla H-A ustawia się przyciskami +/- - żadnych wodotrysków... No poza jednym - niezbędnym raczej - mianowicie po odłożeniu kolby H-A na uchwyt stacji następuje automatyczne odłączenie zasilania grzałki - temperatura powietrza spada aż do osiągnięcia 100°C i taką temperaturę utrzymuje aż do wyłączenia zasilania Hota lub do podniesienia kolby z podstawki. Właśnie - podstawka to wyprofilowany plastikowy uchwyt w kształcie "łódeczki". Kolba Hota ma w okolicy tegoż uchwytu umieszczony kontaktron - magnesy znajdują się w uchwycie kolby (zatopiony w plastiku). Dzięki temu prostemu patentowi, gdy kolba znajdzie się w uchwycie, kontaktron jest załączany magnesem i ta informacja trafia do panelu sterującego, co przełącza H-A w tryb ST-BY. Po podniesieniu z uchwytu kontaktron się rozwiera, HA wychodzi ze stanu czuwania i temperatura natychmiast (może 1 sekundę opóźnienia) wzrasta do ustawionej i kolba jest gotowa do pracy.
Zarówno sama lutownica, jak i H-A mają odrębne wyłączniki zasilania - możemy więc korzystać tylko z lutownicy, podczas gdy H-A pozostaje nieaktywne - zimna grzałka i wyłączony wentylator.
Jedynie wyświetlacz H-A pokazuje stosowny napis przypominając, że w każdej chwili może być uruchomiony.
Podobnie z lutownicą; przy korzystaniu z H-A może być wyłączona - jedynie "OFF" na wyświetlaczu pokazuje, że w każdej chwili można ją włączyć.
Wyłączenie zasilania całej stacji jest realizowane dodatkowym wyłącznikiem na ściance tylnej - tu przyznaję, że jest to pewna wada, bo wymaga dostępu do tylnej ścianki stacji przynajmniej z jednego boku. Wyłącznik ten odłącza zasilacz stacji od sieci - lepiej, gdy nie pozostanie włączona, gdy nie ma nad nią nadzoru.
Teraz sobie pomyślałem, że tak umieszczony wyłącznik główny stacji może być i zaletą - szczególnie, gdy w domu są dzieci. Trzeba tylko pamiętać, by obsługiwać ten wyłącznik tak, by tego nie widziały...
Filmik z działania stacji - z góry przepraszam za utrudnioną obserwację wyświetlaczy - niestety nie mogłem inaczej ustawić stacji. Przesuwanie się stacji podczas włączania wynika z kolei z powodu maty, którą sobie ostatnio sprawiłem (będzie odrębnie prezentowana) - niestety wymaga podklejenia, jeśli leży na gładkiej powierzchni biurka.
Zasilacz stacji
...to oczywiście zasilacz impulsowy. Zasilanie grzałki lutownicy wymaga 24V, a H-A wymaga zasilania z sieci (230V~). Regulacja temperatury lutownicy oparta jest o komparator, potencjometr i termoparę - typowo. H-A również (jak w wypadku lutownicy z zestawu) wykorzystuje termoparę umieszczoną w pobliżu wylotu powietrza z rączki, ale reguluje triakiem, który z kolei załącza odpowiednio zasilanie samej grzałki. Zasilanie wentylatora to regulator napięcia PWM sterowany potencjometrem. Zakres napięcia od minimalnego do 24V (stałe napięcie zasilania wentylatora).
Panel czołowy
...zawiera płytkę ze wszelkimi elementami zapewniającymi regulacje temperatur i starowanie samymi wyświetlaczami. Część "cyfrowa" zasilana jest ze stabilizatora 5V - również znajdującego się na płytce.
Ogólnie konstrukcja sprawia wrażenie przemyślanej ze względu na zwartość konstrukcji. Wszelkie regulacje odbywają się szybko i bez błędów. Ponadto mamy możliwość kalibracji temperatury grzałek - dla lutownicy poprzez wciśniecie jednocześnie obu przycisków regulacji temperatury lutownicy. Osobiście mogę powiedzieć, że to taka sztuka dla sztuki - bo i tak i tak temperaturę ustawia się indywidualnie dla konkretnego grota i użytej cyny "na wyczucie" - czyli opierając się o aktualne efekty i rodzaj lutowanych elementów.
O "Trudnej sztuce lutowania" widziałem temat na Forum, więc do niego polecam się udać i poczytać, jeśli brak nam doświadczenia - powinno pomóc...
Co ciekawe
- podczas gdy wyłączymy H-A wyłącznikiem na przednim panelu, nie od razu zostanie wyłączona. Najpierw temperatura musi spaść do 100°C i dopiero po kilku sekundach takiego stanu rzeczy wentylator zostanie wyłączony.
Taki system znany jest z innych Hot Air, w tej stacji podobnie jest z lutownicą. Po wyłączeniu zasilania lutownicy najpierw spada temperatura do 100°C, a dopiero potem zanika napięcie - wyświetlacz przestaje wyświetlać temperaturę, a pozostaje tylko napis OFF.
Dopiero po użyciu głównego wyłącznika oba wyświetlacze gasną całkowicie i stacja zostaje wyłączona. Oczywiście do kompletu jest i instrukcja obsługi. Bogato ilustrowana rysunkami pisana w języku zbliżonym do angielskiego.
... a w instrukcji podstawowe parametry stacji.
Podsumowanie:
Stacja lutownicza z Hot Air jest propozycją dla niezbyt wymagających lub doświadczonych elektroników. Niezbyt doświadczonych: bo i niezbyt droga i tania w eksploatacji, a przy tym spełniająca swoją rolę. Przy tym jeśli ktoś nauczy się nią posługiwać, to żadna lepsza stacja nie będzie problemem. Dlatego też pisałem o doświadczonych elektronikach - jeśli ktoś lutował pół życia Elwikiem czy podobną lutownicą, nie będzie mieć żadnych zastrzeżeń co do prezentowanej.
Podstawowa zaleta to kompaktowa budowa samej stacji - zarówno sterowanie lutownicą, jak i Hotem mieści się w niewiele zajmującej miejsca obudowie.
A to czy przedstawiona stacja znajdzie amatorów, zależy już tylko od Was.
Pozdrawiam serdecznie.
Fajne? Ranking DIY