Temat może wydawać się tajemniczy, ale tajemnica pryska, gdy zobaczymy zdjęcia.
Pierwsza część tytułu (Zrób Sobie Prezent) będzie (mam nadzieję) wspólnym motywem przewodnim co najmniej kilku podobnych artykułów — publikacji dotyczących na pozór zbędnych drobiazgów, które mogą znacząco ułatwić i uprzyjemnić nam życie. W szczególności tę jego część spędzaną w kąciku, warsztacie, pracowni, gdzie tworzymy swoje urządzenia.
Klej jak klej, mogłoby się wydawać. Typowy cyjanoakrylowy, jakich w sklepach i bazarach wiele. Fakt. W sumie są one bardzo podobne pod względem właściwości, a nade wszystko jednej: podczas nakładania zawsze rozlewa się tak, że zlepia wszystko — najchętniej palce. Przy okazji brudzi (czasem niszczy) powierzchnie klejone...
Świadomy powyższych doświadczeń (a cyjanoakrylami kleję od lat 80) szukałem czegoś, co pomogłoby mi w precyzyjniejszym aplikowaniu i to w dodatku w kontrolowanej, niewielkiej ilości. Okazało się, że coś takiego jest — w Chinach, rzecz jasna — i to już od dawna. Są to tytułowe "mysie ogonki" (tak je nazwałem, z racji na podobieństwo.
) Jest to nic innego, jak zwężająca się igielitowa rurka zakończona z jednej strony nasadą pasującą do większości (jak nie wszystkich) popularnych tubek z klejem, a także do opakowań nieco większego "kalibru" (pojemności), jakie można dostać np. w sklepach AliExpress.
I tu od razu nasuwa się pytanie — wszak wszyscy wiemy z własnych doświadczeń, że klej po pierwszym otwarciu zaczyna żelować (twardnieć) i najczęściej — nawet po kilku tygodniach — taka tubka (oryginalną zakrętką zakręcona) potrafi zaschnąć na tyle, że zawartość nadaje się tylko do kosza. Dzieje się tak dlatego, że czynnikiem, który inicjuje ten proces, jest wilgoć, a tej w powietrzu zawsze jest co najmniej kilkanaście procent (przeważnie kilkadziesiąt).
Z tego też powodu zastosowanie cyjanoakrylowych klejów bywa sporadyczne. Używamy go tylko wówczas, gdy inne opcje nie wchodzą w grę, a dana część sklejona być musi. Kupujemy więc jedną tubkę ze świadomością, że po jednorazowym (no, chyba że materiałów do scalenia nam się uzbierało) użyciu reszta zawartości wyląduje w koszu. Niby to zaledwie kilka złotych, niemniej szkoda. A i kupować kolejne tubki do następnych prac, ilekroć będziemy musieli coś zespolić, wydaje się co najmniej nierozsądne.
I tu rozwiązaniem (a przynajmniej poważnym) jest właśnie rzeczony "mysi ogonek"...
Sam się zdziwiłem, jak to działa, ale działa... Ad rem: jak wspomniałem, potrzebowałem skleić element, raz, że w trudno dostępnym miejscu, a dwa: ważne, by ilość kleju (ta "kropelka") była minimalna — nie jak to ma miejsce w wypadku popularnych tubek. Gdy zobaczyłem po raz pierwszy ten patent, od razu pomyślałem, że to może się sprawdzić — rurka zwęża się wraz z odległością od tuby/pojemnika z klejem i na samym końcu osiąga średnicę rzędu ułamka milimetra (ok. 0,8 do nawet 0,6 w zależności od egzemplarza).
Tak mała średnica w połączeniu z bardzo rzadkim klejem daje możliwość aplikacji naprawdę precyzyjnej — a o to mi chodziło. Kupiłem więc najmniejsze, jakie znalazłem opakowanie ogonków (mając w pamięci zastyganie kleju po otwarciu tubki, pomyślałem, że dzięki większej ilości starczy na dłużej) i oczekując na przesyłkę, przeglądałem oferty Ali... Wpadł mi w oko produkt — także uniwersalny cyjanoakrylowy, ale w buteleczce o dość pokaźnej (w porównaniu do typowego zastosowania tego rodzaju kleju) pojemności.
Pomyślałem, że Chińczyk nie wie, co robi — przecież po kilku dniach od pierwszego otwarcia buteleczki całość będzie do wywalenia... Ale... Ale zauważyłem też kilka przykładowych filmików z zastosowań tegoż produktu ze wspomnianymi "ogonkami" i zacząłem się zastanawiać — po co je zakładać, gdy klejona jest stosunkowo duża powierzchnia? Przecież to bez sensu? Szybciej i prościej byłoby nałożyć klej prosto z buteleczki. A i tak niewykorzystany od razu po pewnym czasie będzie do niczego...
Jak bardzo się myliłem, wiem dziś — a w zasadzie po kilku (czterech w sumie) miesiącach od momentu, gdy po raz pierwszy założyłem na tubkę "mysi ogonek". Klej po tak długim czasie (niczym niezatkany!) nadal jest rzadki i wciąż nadaje się do użytku!
Najwidoczniej mikroskopijny otworek w wylocie ogonka skutecznie ogranicza wnikanie do wnętrza opakowania wilgoci z powietrza, a jak wspomniałem, bez niej klej nie tężeje. A jak z precyzją aplikacji? Powiem tak — to jest to, czego każdy potrzebuje. W każdym razie każdy, kto używa kleju cyjanoakrylowego. Mysi ogonek dzięki swej minimalnej średnicy i mikroskopijnym otworze można aplikować naprawdę niezwykle precyzyjnie. Klej nałożymy tylko tam, gdzie powinien być rozprowadzony, a nasze palce wreszcie nie będą się lepić po pracy — ileż to razy kląłem, gdy jakaś drobniutka część, zamiast zasklepić się ze sobą, przyklejała się do paluchów... :)
A co z klejem? Oczywiście zamówiłem i jego — dwie buteleczki po 15 g każda. Z pewnością wystarczą na baaaardzo dużo na powrót zespalanych ze sobą rzeczy, a mysie ogonki zapewnią, że zawartość nie wyschnie, zanim się nie skończy... Dodatkowo koszt za buteleczkę, szczególnie w porównaniu do ceny dostępnych tubek (przeważnie 1 do max. 3 g), jest co najmniej atrakcyjny.
Przy okazji — tytułowe "mysie ogonki" pasują także do wielu innych klejów z oferty sklepów z AliExpress. Tak więc dzięki swego rodzaju uniwersalności opakowań mamy wygodę aplikowania nie tylko produktu typu „Kropelka”, ale i co najmniej kilku innych — dedykowanych do konkretnych klejonych materiałów.
Klej 502, który kupiłem, jest bardzo rzadki, dzięki temu idealnie nadaje się do zasklepiania pęknięć, np. obudowy. Nie ma więc konieczności rozchylania rozszczepionych części, żeby klej dostał się do wnętrza — sam wsiąknie. Czasem nawet dobrze jest nieco ścisnąć obszar łączenia, by się za bardzo nie rozpędził i nie wyciekł z drugiego (widocznego) miejsca (zlepiamy materiał, nakładając kropelkę — dwie w odpowiedniej odległości od siebie na samo pęknięcie od wewnętrznej/niewidocznej strony). Im mniejsza ilość nałożonego produktu, tym szybciej zżeluje (zaschnie), więc i czas zwierania będzie krótszy. W razie niepewności, czy całość na pewno nie wycieknie i nie zeszpeci widocznej części klejonej obudowy, można na pęknięcie na danej stronie nanieść pasek taśmy samoprzylepnej — np. kaptonowej (cienkiej!).
Czy więc warto wyłożyć te kilka złotych na opisywane mysie ogonki? Czy opłacalne staje się kupowanie kleju w opakowaniach np. 15 g?
Na te pytania musicie sobie, Koledzy (i Koleżanki!), odpowiedzieć sami. W mojej ocenie jest to kilka złotych na pewno nie wyrzucone w błoto. A przy okazji uniknę konieczności wyprawy do sklepu za każdym razem, gdy będzie potrzeba skleić jakiś drobiazg.
Pozdrawiam.
Pierwsza część tytułu (Zrób Sobie Prezent) będzie (mam nadzieję) wspólnym motywem przewodnim co najmniej kilku podobnych artykułów — publikacji dotyczących na pozór zbędnych drobiazgów, które mogą znacząco ułatwić i uprzyjemnić nam życie. W szczególności tę jego część spędzaną w kąciku, warsztacie, pracowni, gdzie tworzymy swoje urządzenia.
Klej jak klej, mogłoby się wydawać. Typowy cyjanoakrylowy, jakich w sklepach i bazarach wiele. Fakt. W sumie są one bardzo podobne pod względem właściwości, a nade wszystko jednej: podczas nakładania zawsze rozlewa się tak, że zlepia wszystko — najchętniej palce. Przy okazji brudzi (czasem niszczy) powierzchnie klejone...
Świadomy powyższych doświadczeń (a cyjanoakrylami kleję od lat 80) szukałem czegoś, co pomogłoby mi w precyzyjniejszym aplikowaniu i to w dodatku w kontrolowanej, niewielkiej ilości. Okazało się, że coś takiego jest — w Chinach, rzecz jasna — i to już od dawna. Są to tytułowe "mysie ogonki" (tak je nazwałem, z racji na podobieństwo.
I tu od razu nasuwa się pytanie — wszak wszyscy wiemy z własnych doświadczeń, że klej po pierwszym otwarciu zaczyna żelować (twardnieć) i najczęściej — nawet po kilku tygodniach — taka tubka (oryginalną zakrętką zakręcona) potrafi zaschnąć na tyle, że zawartość nadaje się tylko do kosza. Dzieje się tak dlatego, że czynnikiem, który inicjuje ten proces, jest wilgoć, a tej w powietrzu zawsze jest co najmniej kilkanaście procent (przeważnie kilkadziesiąt).
Z tego też powodu zastosowanie cyjanoakrylowych klejów bywa sporadyczne. Używamy go tylko wówczas, gdy inne opcje nie wchodzą w grę, a dana część sklejona być musi. Kupujemy więc jedną tubkę ze świadomością, że po jednorazowym (no, chyba że materiałów do scalenia nam się uzbierało) użyciu reszta zawartości wyląduje w koszu. Niby to zaledwie kilka złotych, niemniej szkoda. A i kupować kolejne tubki do następnych prac, ilekroć będziemy musieli coś zespolić, wydaje się co najmniej nierozsądne.
I tu rozwiązaniem (a przynajmniej poważnym) jest właśnie rzeczony "mysi ogonek"...
Sam się zdziwiłem, jak to działa, ale działa... Ad rem: jak wspomniałem, potrzebowałem skleić element, raz, że w trudno dostępnym miejscu, a dwa: ważne, by ilość kleju (ta "kropelka") była minimalna — nie jak to ma miejsce w wypadku popularnych tubek. Gdy zobaczyłem po raz pierwszy ten patent, od razu pomyślałem, że to może się sprawdzić — rurka zwęża się wraz z odległością od tuby/pojemnika z klejem i na samym końcu osiąga średnicę rzędu ułamka milimetra (ok. 0,8 do nawet 0,6 w zależności od egzemplarza).
Tak mała średnica w połączeniu z bardzo rzadkim klejem daje możliwość aplikacji naprawdę precyzyjnej — a o to mi chodziło. Kupiłem więc najmniejsze, jakie znalazłem opakowanie ogonków (mając w pamięci zastyganie kleju po otwarciu tubki, pomyślałem, że dzięki większej ilości starczy na dłużej) i oczekując na przesyłkę, przeglądałem oferty Ali... Wpadł mi w oko produkt — także uniwersalny cyjanoakrylowy, ale w buteleczce o dość pokaźnej (w porównaniu do typowego zastosowania tego rodzaju kleju) pojemności.
Pomyślałem, że Chińczyk nie wie, co robi — przecież po kilku dniach od pierwszego otwarcia buteleczki całość będzie do wywalenia... Ale... Ale zauważyłem też kilka przykładowych filmików z zastosowań tegoż produktu ze wspomnianymi "ogonkami" i zacząłem się zastanawiać — po co je zakładać, gdy klejona jest stosunkowo duża powierzchnia? Przecież to bez sensu? Szybciej i prościej byłoby nałożyć klej prosto z buteleczki. A i tak niewykorzystany od razu po pewnym czasie będzie do niczego...
Jak bardzo się myliłem, wiem dziś — a w zasadzie po kilku (czterech w sumie) miesiącach od momentu, gdy po raz pierwszy założyłem na tubkę "mysi ogonek". Klej po tak długim czasie (niczym niezatkany!) nadal jest rzadki i wciąż nadaje się do użytku!
Najwidoczniej mikroskopijny otworek w wylocie ogonka skutecznie ogranicza wnikanie do wnętrza opakowania wilgoci z powietrza, a jak wspomniałem, bez niej klej nie tężeje. A jak z precyzją aplikacji? Powiem tak — to jest to, czego każdy potrzebuje. W każdym razie każdy, kto używa kleju cyjanoakrylowego. Mysi ogonek dzięki swej minimalnej średnicy i mikroskopijnym otworze można aplikować naprawdę niezwykle precyzyjnie. Klej nałożymy tylko tam, gdzie powinien być rozprowadzony, a nasze palce wreszcie nie będą się lepić po pracy — ileż to razy kląłem, gdy jakaś drobniutka część, zamiast zasklepić się ze sobą, przyklejała się do paluchów... :)
A co z klejem? Oczywiście zamówiłem i jego — dwie buteleczki po 15 g każda. Z pewnością wystarczą na baaaardzo dużo na powrót zespalanych ze sobą rzeczy, a mysie ogonki zapewnią, że zawartość nie wyschnie, zanim się nie skończy... Dodatkowo koszt za buteleczkę, szczególnie w porównaniu do ceny dostępnych tubek (przeważnie 1 do max. 3 g), jest co najmniej atrakcyjny.
Przy okazji — tytułowe "mysie ogonki" pasują także do wielu innych klejów z oferty sklepów z AliExpress. Tak więc dzięki swego rodzaju uniwersalności opakowań mamy wygodę aplikowania nie tylko produktu typu „Kropelka”, ale i co najmniej kilku innych — dedykowanych do konkretnych klejonych materiałów.
Klej 502, który kupiłem, jest bardzo rzadki, dzięki temu idealnie nadaje się do zasklepiania pęknięć, np. obudowy. Nie ma więc konieczności rozchylania rozszczepionych części, żeby klej dostał się do wnętrza — sam wsiąknie. Czasem nawet dobrze jest nieco ścisnąć obszar łączenia, by się za bardzo nie rozpędził i nie wyciekł z drugiego (widocznego) miejsca (zlepiamy materiał, nakładając kropelkę — dwie w odpowiedniej odległości od siebie na samo pęknięcie od wewnętrznej/niewidocznej strony). Im mniejsza ilość nałożonego produktu, tym szybciej zżeluje (zaschnie), więc i czas zwierania będzie krótszy. W razie niepewności, czy całość na pewno nie wycieknie i nie zeszpeci widocznej części klejonej obudowy, można na pęknięcie na danej stronie nanieść pasek taśmy samoprzylepnej — np. kaptonowej (cienkiej!).
Czy więc warto wyłożyć te kilka złotych na opisywane mysie ogonki? Czy opłacalne staje się kupowanie kleju w opakowaniach np. 15 g?
Na te pytania musicie sobie, Koledzy (i Koleżanki!), odpowiedzieć sami. W mojej ocenie jest to kilka złotych na pewno nie wyrzucone w błoto. A przy okazji uniknę konieczności wyprawy do sklepu za każdym razem, gdy będzie potrzeba skleić jakiś drobiazg.
Pozdrawiam.
Fajne? Ranking DIY