Dziś zaglądamy do wnętrza starego zasilacza produkcji polskiej firmy z Gliwic. Całość odzyskałem ze złomu, więc sprawdzę, jak zasilacz ten poradził sobie z wieloletnią pracą w urządzeniu przemysłowym, zbadam, czy jeszcze w ogóle jest sprawny, a na koniec pokażę, co w nim najbardziej się grzeje. Prezentowany tu zasilacz to model PWS-100RM i jest montowany na szynie TS-35. Występuje on w różnych wersjach różniących się napięciem wyjścia, obejmują one 5, 12, 24 i 48 V, choć z dokumentacji wynika, że producent chętnie wykona też wersję o innym napięciu.
Całość przeznaczona jest do pracy jako moduł osobnego urządzenia. Etykieta mojego egzemplarza zdaje się sugerować, że jest to sztuka numer 4153 z 2001 roku, więc potencjalnie ten sprzęt ma dobre 25 lat! To by mogło się zgadzać, bo firma producenta, z tego co widzę, zaczęła działalność w 1991 roku.
Z zewnątrz całość jest dość skromna, jeden z terminali (zacisków) jest w moim egzemplarzu urwany. Oprócz tego jest tylko dioda LED świadcząca o obecności zasilania. Sprzęt chłodzony jest w pełni pasywnie, co w środowisku przemysłowym może być jednak plusem, bo eliminuje problem zacierających i zapychających się z czasem wentylatorów.
Zdejmujemy obudowę. Od razu widać, że to nie jest budżetowy chiński zasilacz. Nikt tu nie oszczędzał miedzi, filtry EMI zdają się być w pełni obecne. Widać też znaczne zabrudzenia i ślady wilgoci.
Dawno nie widziałem polskiego napisu "uwaga" na kondensatorze 400 V filtrującym napięcie sieciowe.
Płytka jest jednostronna, prosta, ale spełniająca swoją rolę. Grubości ścieżek prądowych oraz odpowiednie odstępy izolacyjne od razu budzą zaufanie. Na warstwie opisowej znajduje się logo producenta.
Podoba mi się, że PE podłączone jest do obudowy konektorem, a nie lutowane. Wygląda na to, że całość jest przemyślana pod serwisowanie. W tańszych zasilaczach by po prostu to przylutowali.
Na wejściu znajduje się oczywiście odpowiednie zabezpieczenie - bezpiecznik T2A/250V oraz warystory chroniące przed przepięciami z sieci:
Zasilacz opiera się na nieśmiertelnym układzie UC3844, zrealizowany jest w topologii flyback.
Po stronie pierwotnej rzuca się w oczy RT, czyli rezystor termistorowy (NTC) ograniczający prąd rozruchowy, wlutowany jest on za mostkiem prostowniczym, przed uzwojeniem pierwotnym.
Sprzężenie zwrotne realizowane jest przez transoptory CNY75GA, widzę tam też układ TL431 (napięcie odniesienia):
Po stronie wtórnej mamy mały dławik, diodę Schottky'ego w obudowie TO-220 oraz aż cztery kondensatory elektrolityczne. Potencjometr służy do regulacji napięcia wyjściowego w niewielkim zakresie.
Zostało jeszcze określić tranzystor kluczujący - wygląda on na N-MOSFET ST Microelectronics H8N80 (800 V, 8 A).
Z ciekawości sprawdziłem najbardziej awaryjny element takich zasilaczy - kondensatory. Nie są spuchnięte, ale może utraciły swoje parametry? Użyłem do tego mojego ESR70.
Wszystkie kondensatory są w porządku, można je wlutować na swoje miejsce. Swoją drogą - ta poprawka, drobny kondensator odsprzęgający, to nie ode mnie, tak było fabrycznie.
Pora w takim razie na poważniejszy test. Zasilacz jest ze złomu, nie spodziewałem się, by był sprawny, i nie byłem przygotowany do testów, więc obciążyłem go przesadnie dużym prądem 5.44 A i sprawdziłem, co się wydarzy. Napięcie bez obciążenia wynosi 24 V, przy podłączonych czterech rezystorach mocy 1 Ω każdy spada do około 21.75 V.
Najbardziej nagrzewa się... dioda Schottky'ego oraz rezystor termistorowy (NTC). Nieco mniej grzeje się sam tranzystor kluczujący.
Powyższe zdjęcia z kamery termowizyjnej wyraźnie pokazują rozkład temperatur po obciążeniu. Główny tranzystor grzeje się znacznie mniej:
Na koniec warto jeszcze rzucić okiem na parametry zasilacza z oryginalnej dokumentacji producenta:
Dobrze widać, że nie jest to zwykły no-name zasilacz z Chin. Producent określa szczegółowo jego parametry, łącznie z poziomami tętnień, zakłóceń radioelektrycznych i wytrzymałością elektrycznej izolacji sieć-obudowa, sieć-wyjścia oraz wyjście-obudowa.
Podsumowując, wygląda na to, że zasilacz mimo złego stanu wizualnego jest w pełni sprawny. Przydałby się jeszcze dłuższy test, już po założeniu odpowiednich radiatorów i przy mniejszym prądzie, ale nie mam aktualnie pod ręką takiego obciążenia.
Konstrukcja wydaje się bardzo solidna i przemyślana, co potwierdza dobrą opinię o starszych, przemysłowych urządzeniach polskiej produkcji. Jeśli po latach pracy, oraz pewnie jakimś czasie spędzonym na złomie, sprzęt nadal działa i trzyma parametry, świadczy to o doborze dobrej jakości komponentów i odpowiednim zapasie bezpieczeństwa przy projektowaniu.
W planach mam dokładne wyczyszczenie płytki, nałożenie pasty termoprzewodzącej i być może wykorzystanie tego zasilacza w jednym z moich projektów.
A czy Wy mieliście okazję korzystać z tego typu zasilaczy w swoich zakładach lub domowych warsztatach? Jak oceniacie ich awaryjność?
Fajne? Ranking DIY Pomogłem? Kup mi kawę.